W Afryce są dzieci, ich rodzice się modlą. W takich warunkach łatwiej rozwijają się powołania wśród młodych. Mnie też dziwi ta obfitość powołań, a widzę to już od 40 lat. Ale widzę również te żywe wspólnoty, w które jest zaangażowanych tak wielu świeckich. I moim zdaniem to właśnie sprawia, że mamy tak dużo powołań.
Afrykanerzy (afr. Afrikaners czyli dosłownie „Afrykanie”) – biali mieszkańcy Republiki Południowej Afryki oraz Namibii, żyjący również w diasporze w innych krajach Afryki: w Zimbabwe, Lesotho, Eswatini, Mozambiku, Angoli, Zambii, Botswanie oraz Kenii, po 1994 roku również w Wielkiej Brytanii, Australii, Kanadzie, Nowej Zelandii, USA, Belgii, Holandii, Niemczech, ZEA, na Tajwanie
Podopiecznych domu Fundacja Dzieci Afryki zaopatruje w sprzęt i artykuły rehabilitacyjne. Taśmę do kinesiotapingu dla niepełnosprawnych dzieci można nabyć w Markecie Dzieci Afryki. W roku 2020 pierwszych troje wychowanków domu otrzymało od nas sprzęt do komunikacji alternatywnej ACC sfinansowany z 1% podatku dla Dzieci Afryki.
Afryka. Afrykańskie dzieci Szymona Hołowni. „Kasisi uczy mnie żyć”. – Wszystkie te dzieci są moje. Kompletnie mnie rozwala, gdy na mój widok lecą z każdego zakątka domu, krzycząc
Wystarczy użyć mokrego pędzla i malować wodą (w miejscach gdzie kolory się łączą). Kolejny krok to wycięcie afrykańskich zwierząt, baobabów itp. Wszystkie elementy wycinamy z czarnej kartki. Gdy tło wyschnie, wystarczy przykleić wycięte elementy krajobrazu. Prezentowaną pracę plastyczną roiliśmy w domu z Hanią i Oliwerem
Za tydzień otwarcie pierwszej części domów we wiosce Cani w Burundi w Afryce w wigilię św Teresy od Dzieciątka Jezus. Pigmejska wioska i domy będą oddane
Zapoznając się ze statystykami zobaczysz ile możesz zrobić dla wsparcia dzieci w Afryce przekazując 1% podatku. Jest to kwota, która dla Ciebie nic nie będzie znaczyła, ale jeśli zbierzesz większą ilość osób (np. przez portale społecznościowe), jesteś w stanie uratować kilkanaście istnień. Prawdopodobnie nie uda Ci się
xBW5s.
Dom Dziecka - Wyniki wyszukiwania dla zdjęć i ilustracjiWyświetl filmy dla dom dzieckaPrzeglądaj dostępne zdjęcia i obrazy (4 855) dla słowa kluczowego dom dziecka lub rozpocznij nowe wyszukiwanie, aby znaleźć więcej zbiorów zdjęć i wyniki
Adopcja dziecka z Afryki to szansa. Szansa na lepsze życie, którą dzięki Tobie, zyskuje osamotniony młody człowiek dojrzewający w świecie, w którym trudna sytuacja zmusza ludzi do porzucenia edukacji. W świecie, w którym większą wartość ma doglądanie wypasających się zwierząt, niżeli mogąca zaprocentować w przyszłości nauka. Bez perspektyw i widoków na jakąkolwiek zmianę. Nasza fundacja pomaga osobom, którym los wyjątkowo nie szczędził bolesnych doświadczeń. Jedną z naszych podopiecznych jest Eunice Atieno Origa, 15-latka, której wielkim marzeniem jest zostać lekarzem. Dziewczynka w wieku 5 lat straciła oboje rodziców, i mimo że było jej okropnie ciężko, to dzięki wsparciu dobrych ludzi zaczęła chodzić do szkoły. Coś co dla dzieci w Polsce jest często smutnym obowiązkiem, dla sierot z Kenii to droga, która bez pomocy życzliwych osób byłaby kompletnie nieosiągalna. I kiedy Janek z Kasią wracają wesoło po lekcjach do domu, Eunice zostaje na terenie placówki, aby zarobić nieco grosza, między innymi piorąc ciuchy swoich nauczycieli. Część zarobionych w ten sposób pieniędzy wysyła młodszemu rodzeństwu, które bez pomocy, szkołę pozna wyłącznie z opowiadań siostry. Edukacja to szansa Jednak edukacja niesie za sobą koszta, którym Eunice nie jest w stanie sprostać. Jej długi rosną, a dalsza nauka i pragnienie zostanie lekarzem stanęły pod dużym znakiem zapytania. – Wiem, że jestem w stanie to zrobić! Ale jeśli nie ureguluje zadłużenia, nie będę mogła się dalej uczyć… Dzięki Twojemu wsparciu, jej marzenie masz szansę się spełnić, a dziewczynka w przyszłości może uratować niejedno życie. Bo adopcja na odległość to nie tylko doraźna pomoc, to krok ku zatrzymaniu błędnego koła nędzy i beznadziei, oraz zmienienia go w narastającą falę dobra, która dotrze także do wielu innych osób. To gest, który zaprocentuje w przyszłości, zmieniając ją na lepsze. To program pomocy dzieciom z biednych rejonów świata, polegającej zarówno na finansowym, jak i duchowym wsparciu. Jako część międzynarodowej fundacji, ADRA Polska dociera ze swoimi działaniami do najbardziej potrzebujących w Iraku czy Afryce, gdzie otaczamy opieką chore na albinizm dzieci z Tanzanii oraz sieroty z Kenii. Dzięki comiesięcznym darowiznom, stajesz się opiekunem jednego z naszych podopiecznych i pomagasz pokryć koszty zakwaterowania, posiłków i przede wszystkim, jego edukacji w szkole. W zamian my będziemy regularne przesyłać Ci informacje na temat Twojego nowego członka rodziny, o jego postępach w nauce. Miesięczny koszt utrzymania dziecka to od 200 do 350 zł. Mamy świadomość, że nawet w Polsce nie są to małe pieniądze, ale dla naszych podopiecznych to całkowicie nieosiągalne kwoty. Dlatego jeśli wspomniane sumy przekraczają Twój budżet, a nadal chciałbyś pomóc, to zawsze możesz rozważyć cykliczną wpłatę pewnej mniejszej kwoty. Nawet drobne fundusze przelewane regularnie pozwalają walczyć o kolejny miesiąc nauki dla tych młodych ludzi. Czym więc jest adopcja na odległość? Cegiełką pomagającą zbudować fundament pod przyszłość. Adopcja dziecka z Afryki Kto może adoptować dziecko na odległość? Absolutnie każdy. Nie ma żadnych ograniczeń, wymagań czy warunków do spełnienia. Wszystko czego potrzeba to dobre serce. A adoptując dziecko z Afryki udowadniasz mu, że nie wszystkim jego los jest obojętny. Ponadto cykliczne informacje to jedno, ale nic nie stoi na przeszkodzie, byś wybrał się do Tanzanii czy Kenii, i odwiedził swoją „adoptowaną” pociechę. Z całą pewnością przydałoby się jej kilka słów zachęty oraz świadomość, że ktoś wierzy w jej marzenie. A kto wie, może nasza Eunice wybierze Polskę jako kraj, w którym odbędzie swoje studia medyczne?
Letty McMaster, 26-letnia Brytyjka, powinna być wzorem do naśladowania. Stworzyła dom dla 14 osieroconych i samotnych dzieci z Tanzanii, które poznała podczas wolontariatu. Nie godziła się na cierpienie, którego doświadczały. Dziś, dzięki Letty, mogą dorastać w lepszych warunkach. Zobacz film: "Czy suche dłonie mogą być objawem COVID-19?" 1. Nieprzewidywane efekty wolontariatu Letty McMaster miala zaledwie 18 lat, kiedy wyjechała na miesięczny wolontariat do Tanzanii. Pomagała dzieciom i młodzieży z sierocińca w nauce i opiekowała się nimi przez miesiąc. Jednak to, co zobaczyła tam tylko przez cztery tygodnie, zmotywowało ją do powrotu do Tanzanii. Czuła, że nie może zostawić tych dzieci z takimi problemami. "Kiedy zobaczyłam skalę maltretowania, jakiego doznawały dzieci w siercińcu, nie mogłam ich z tym zostawić. To problem nie tylko tego jednego ośrodka. Ubóstwo dzieci w Tanzanii to chleb powszedni" - mówi Letty. W Tanzanii dzieci i młodzież cierpią z powodu wielu różnego rodzaju nadużyć wobec nich, często przemocy oraz biedy. Letty przez trzy lata regularnie odwiedzała sierociniec i zajmowała się dziećmi. Kiedy dowiedziała się, że ma on zostać zamknięty, zdecydowala się na odważny krok: przyjęła pod swój dach dziewięcioro dzieci, które zostały bez domu. "Zawsze chciałam pomagać takim dzieciom, więc moi bliscy nie byli zaskoczeni, gdy poinformowałam im, że chcę zaopiekować się dziećmi z Tanzanii" - opowiada Letty. Letty z przybranymi synami z Tanzanii (Archiwum prywatne ) 2. Stworzyła dom dla osieroconych i samotnych dzieci Mimo młodego wieku, przyznano Letty prawa do opieki nad dziewięciorgiem tanzańskich dzieci. W międzyczasie dowiedziała się o piątce innych, które również zostały bez dachu nad głową. Bez wahania podjęła decyzję o adopcji wszystkich. Dziś jest mamą 14 tanzańskich dzieci, z którymi tworzy oryginalną i pełną miłości rodzinę. "Dzieci są całym moim światem. Nadają sens wszystkiemu, co robię" - wyznaje. Letty (Archiwum prywatne ) Młoda mama opowiada, że jej małe pociechy nie pamiętają swoich rodziców, więc jest dla nich jedyną matką. Z każdym dzieckiem stara się nawiązać dobrą relację i być dla nich oparciem. To wyjątkowa 26-latka bez wątpienia jest wzorem do naśladowania. Letty jest również założycielką fundacji Street Children Iringa, którą zarejestrowała w Wielkiej Brytanii. Dzięki tej działalności udało jej się stworzyć dom dla swoich pociech. Fundacja pomaga również innym potrzebującym dzieciom. Zobacz także: Synek gwiazdy American Idol zakażony koronawirusem po porodzie. Młoda mama opowiedziała o trudnych chwilach na intensywnej terapii Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez polecamy
Oto treść tej rozmowy: Piotr Dziubak KAI Rzym: Jakie są dzieci afrykańskie? Czy zawsze są odważne, obecne, pozytywnie nastawione do życia? O. Krzysztof Zębik: One przede wszystkim chcą być zauważone. Krążą i przychodzą w grupkach. Mają taki odruch społeczny. Dzieci są cały czas razem. Razem się bawią, razem żyją. Wielodzietność nie jest tu rzadkością. Jeśli jest siedmioro, dziewięcioro dzieci, to wiadomo, że starsze będą opiekować się młodszymi. Są bardzo odpowiedzialne. Dbają o siebie nawzajem. Dzielą się i cieszą się tym, co mają. Widać w nich radość. Nawet to, że nic nie mają, nie powoduje braku uśmiechu. Chętnie przychodzą i biorą udział w pracach grup albo zabawach, które dla nich organizujemy. Dzieci tutaj są zdecydowanie odważniejsze, z łatwością się przedstawią czy zaśpiewają piosenkę w obecności innych. W nas, misjonarzach, widzą też osoby, które mogą im pomóc w konkretnych problemach: opłaceniu szkoły, załatwieniu ubrań. Jeśli są głodne, to przyjdą i powiedzą: „Jesteśmy głodni. Pomożesz nam?” Bardzo często o problemach rodzin dowiadujemy się właśnie od dzieci. Wtedy możemy zorganizować konkretną pomoc. Cały czas mamy kontakt z rodzicami dzieci, które uczęszczają do naszej parafii. Znamy warunki, w jakich one żyją. Dzieci pomagają budować więzi z całymi rodzinami. Są rodziny, które mają dach nad głową, ale zdarzają się też takie, które nie mają mieszkania. Część dzieci ma rodziców, inne niestety nie. Pamiętajmy, że między dziećmi łatwo o jakąś formę zazdrości: on ma ładną koszulkę, a ja nie mam…, on je, a ja nie mam nic do jedzenia. Zdarzało się, że chore dzieci przychodziły i siadały pod drzwiami, ponieważ w domu nie miały zupełnie nic. Zawsze pod ręką staram się mieć podstawowe lekarstwa: na malarię, bóle brzucha, na tyfus. Wracam do domu i widzę, że ktoś dosłownie leży chory na schodach i nie ma żadnych lekarstw. Trzeba pomóc, oni na to liczą. KAI: Dzieci w Afryce muszą dorośleć szybciej. Jak Ojciec widzi relacje rodziców i dzieci? KZ: Te więzi są specyficzne. Chłopcy mogą robić to, co im się podoba. Swobodnie się bawią, grają w piłkę. Mają zdecydowanie więcej wolności. Natomiast dziewczynki są pod większą opieką rodziców i są trzymane w domu. Ta kontrola jest jeszcze silniejsza wobec dorastających dziewcząt. Rodzice niechętnie pozwalają im wychodzić. Boją się o nie. W plemionach pasterskich, w zależności od tego, jak dana dziewczyna została wychowana, wiąże się to z określoną liczbą krów. Jeśli dziewczyna będzie się gdzieś włóczyła po miasteczku, inni będą ją widzieć w towarzystwie chłopaków, to jej wartość, a tym samym liczba krów spada. Inni zaczynają wtedy mówić: ona jest ze złego domu, ponieważ nie pracuje, nie przebywa z rodzicami, tylko gdzieś chodzi. Jeśli taka dziewczyna zajdzie w ciążę, to jej sytuacja jest bardzo trudna. Dziewczynki zajmują się młodszym rodzeństwem, pomagają w domu, chodzą po wodę. Od ok. 11-12 roku życia ich miejscem jest prawie wyłącznie dom. KAI: Jak rodzice z perspektywy Ojca wyrażają swoje uczucia wobec dzieci? KZ: Takiej – powiedzmy – europejskiej czułości wobec dzieci w Afryce nie zobaczymy. Nie ma tu takiego sposobu opieki, że gdy tylko dziecko zapłacze, zaraz do niego biegniemy. Dzieci są dużo bardziej zdyscyplinowane, są karane. Ojcowie są nieobecni ze względu na pracę albo nie ma ich w ogóle. Nie widać ojców, którzy przebywają ze swoimi dziećmi albo uczą swoich synów. Czułość matek wobec maluchów jest jak najbardziej obecna. Później matki traktują jednak dorastające córki po wojskowemu. Jeśli nabroją, zostaną ukarane. Takiego przytulania do rodziców, jakie widać w Europie, tutaj nie ma. KAI: Czy dzieci opowiadają o swoich marzeniach, o planach na przyszłość? KZ: Dostęp do internetu jest bardzo utrudniony, ale także dostęp do prądu nie jest łatwy. Baterie telefonu można naładować w mieście. Trudno mi jest wyobrazić sobie teraz sytuację, że rodzice dają dziecku telefon do ręki. Młodzież już ma łatwiejszy dostęp. Jeżdżąc po wioskach, staram się zawsze mieć ze sobą projektor filmowy, żeby dzieciom pokazać jakiś film. Pewnie jeśli południowosudańskie dzieci mogłyby zobaczyć, jak ludzie żyją w Europie, zaczęłyby się pojawiać pytania: dlaczego my tego nie mamy? Dlaczego my tak musimy żyć? Pokazywane filmy odbierają jako prawdę. Kiedy widzą, że ktoś lata w filmie, zaraz pytają: czy ludzie mogą tak latać? Młodzież wyraża już swoje marzenia, plany. Jeden chciałby zostać lekarzem, inny nauczycielem, wyjechać na studia do Kenii albo do Ugandy. Główne marzenia dzieci pozostają w sferze konkretnych marzeń. Ktoś w ładnych butach przejdzie obok nich i one zaraz powiedzą: chciałbym mieć buty. Zbliża się Boże Narodzenie – chciałbym mieć jakieś nowe ubranie. Dzieci mają takie podstawowe marzenia. Chodzą do szkoły, ale nie wiedzą, czy ją skończą. Edukacja jest, ale na bardzo niskim poziomie. Bardzo wiele dzieci nie kończy szkoły, a zwłaszcza dziewczynki, ponieważ wychodzą wcześnie za mąż w wieku 13-14 lat. KAI: Czy gdy Ojciec przyjeżdża do Europy, zauważa jakiś fałsz w pokazywaniu, opowiadaniu rzeczywistości świata dzieci Afryki? KZ: Miałem okazję spotkać organizacje, których głównym celem było zarabianie na historiach dzieci z Afryki. Są fundacje, które dla zysku wykorzystują płacz dzieci, to, że muchy siadają na ich twarzach, że maluchy mają napęczniałe brzuszki. To się pokazuje. Słyszałem o fundacjach, które przyjeżdżały do Afryki, żeby przygotować dzieci do zdjęć, brudząc je i ubierając w łachmany. To miało służyć tylko wywołaniu współczucia. Często tworzy się i wykorzystuje sytuacje, które są zupełnie nieprawdziwe. To wszystko ma wesprzeć zbieranie funduszy na pomoc dzieciom. Zadaję sobie pytanie: jaki procent zebranych środków trafia do nich? My, misjonarze, staramy się jednak pokazywać radość dzieci. Problemy są. Nie ukrywamy ich. Pisząc na przykład na swoim blogu, staram się nie epatować tylko trudnościami i biedą. KAI: Czy ma Ojciec w pamięci historie dzieci, które mocno się w nią wpisały? KZ: Pewnego dnia do naszej grupy przyszły dwie dziewczynki. Były półnagie, prawie bez ubrań. Siadły na samym końcu sali. Widać było, że mocno się wstydziły wyjść do innych dzieci. Z katechetą poszliśmy do ich domu poznać rodzinę, zobaczyć, jak mieszkają, jak wygląda ich sytuacja. Nic tam nie było. Zresztą trudno było to nazwać domem: cztery słupy i płachta, która służyła za dach. Dziewczynki spały na ziemi. Tam zupełnie nic nie było, nawet żadnych ubrań. Zaczęliśmy ich wspierać. Dziewczynki wychowywała tylko mama. Zorganizowaliśmy im ubranka i posłaliśmy je do szkoły. Muszę powiedzieć, że po roku czasu, bo tyle już minęło od naszego spotkania, to są zupełnie inne dzieci. Dzięki takim prostym rzeczom ich życie diametralnie się zmieniło. Innym razem spotkaliśmy dziewczynkę na ulicy, która żeby wesprzeć budżet domowy, była zatrudniona w warsztacie samochodowym. Zajmowała się czyszczeniem części samochodowych. Ją też udało się wysłać później w porozumieniu z rodzicami do szkoły. Pewnego razu odwiedzałem wsie. Miałem tam chrzcić dzieci. Na noc miałem rozłożyć sobie namiot. Powiedziano mi, żebym rozłożył namiot blisko pewnej rodziny, żebym nie był sam w buszu w nocy. Wieczorem rozmawiałem z nimi, cały czas zaciekawiony, gdzie oni będą nocować. Okazało się, że mieli kawałek materaca, na którym położyła się matka i jej cztery córki. Mieli jakiś kawałek koca, którym się przykryły. Chłopcy natomiast położyli się pod drzewem. W nocy było bardzo zimno. Nie udało mi się zmrużyć zupełnie oka. Zdarzyło mi się spotkać matkę siedząca pod drzewem. Niedaleko leżała jej 8-letnia córeczka. Była cała przykryta. Twarz też. Pytam: co się stało? Ona jest chora. Zmierzyłem gorączkę. Mała się trzęsła. Trzeba ją zabrać do szpitala. „Ale my nie mamy pieniędzy, księże”, odpowiedziała mi matka. Dziecku dadzą tylko paracetamol za darmo. Każde inne lekarstwo będzie płatne. Ta mama była zupełnie bezradna. Często wystarczy dać komuś jedną pastylkę lekarstwa, żeby uratować mu życie. Staram się mieć zawsze przy sobie lekarstwa. KAI: Czy jakiś rezolutny malec zaskoczył czymś Ojca? KZ: Często spotykam dzieci, które widać, że są bardzo uzdolnione, że mają bardzo ciekawe rozumowanie i że dobrze byłoby, żeby poszły do szkoły. U nas kradzieże są na porządku dziennym, chociaż mnie nic takiego się jeszcze nie zdarzyło. Muszę przyznać, że w kwestii „nie kradnij” dzieci są przykładem dla dorosłych. Może one przyniosą zmianę? Dzieci są bardzo odpowiedzialne. One rozumieją, że każda kradzież jest złem. KAI: Czy w okresie pobytu w Sudanie Południowym zauważył Ojciec zmianę w zachowaniu rodziców wobec dzieci? KZ: Wydaje mi się, że powoli coś się zmienia. Pracujemy z dziećmi, ale mamy kontakt z ich rodzicami. Oni też uczestniczą w życiu naszej parafii. Te rodziny są bardzo odpowiedzialne za wspólnotę. To nie było aż tak wyraziste wcześniej. Jeśli mamy jakiś problem z dziećmi, to nie ja zajmuję się jego rozwiązaniem. Jeśli dwóch chłopców się pobije, to pokój zaprowadzają rodzice, starszyzna naszej parafii. Oni tłumaczą dzieciom, jak powinny się zachować. To pomaga rodzicom. Kiedy określimy problem, praca nad trudnością, która wynikła, zobowiązuje rodziców. To nie biały, który sobie coś wymyślił, ale to rodzina, starszyzna, to kobiety, zajmujące się edukacją w naszej wspólnocie, szukają rozwiązania problemu. Jeśli chodzi o budowanie relacji, to w naszej wspólnocie parafialnej organizujemy spotkania, na których właśnie kobiety tłumaczą, jak dziewczęta powinny się zachowywać, także z chłopakami i innymi osobami. Natomiast młodzież u nas nie rozumie roli Kościoła, wiary. Oni niestety nie pracują. Uważają, że im się wszystko należy. Chodzą i zastanawiają się, czy mają dość krów, żeby móc się ożenić. Brakuje skoku jakościowego w budowaniu więzi. Po ślubie nic się nie zmienia w jakości. Poziom kultury, relacji pozostaje ten sam. My obserwujemy minimalne zmiany. Trudno zmienić kulturę. Kiedy przyszedłem na parafię cztery lata temu, słabo wszystko funkcjonowało. Myślę, że teraz udało nam się zbudować wspólnotę dzieci, które przebywają razem, maja wspólne spotkania, wyjazdy. Powiedziałbym, że są to nasze dzieci, które należą do naszej wspólnoty parafialnej. Widać, że się wspierają, że zrodziła się między nimi więź. KAI: Jak można wesprzeć dzieci w Waszej wspólnocie? KZ: Najważniejszą rzeczą dla nas jest ich rozwój, ich wychowanie. Chcemy zapewnić im podstawowe potrzeby, żeby podkreślić ich godność człowieka. Zależy nam, żeby były ubrane, żeby były czyste, żeby mogły pójść do szkoły i żeby nie chodziły głodne. Nie chodzi nam o robienie jakiegoś rozdawnictwa. Staramy się poznawać rodziny w naszych wspólnotach, znać ich problemy i szukać dla nich wsparcia. Często ludzie szukają nadziei, że ktoś ich zauważy i ktoś im chce pomóc. Małą rzeczą można często ludziom przywrócić godność i nadzieję na przyszłość. P. Dziubak (KAI Rzym) / Rzym
dzieci w afryce domy